Dziedzic Gryffindora. Inne Spojrzenie Na Książki o Harrym Potterze
Postać Harry’ego Pottera, ucznia Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, mało kogo pozostawia obojętnym a opinie na temat cyklu powieści o jego przygodach są skrajnie podzielone. Jedni uważają je za znakomite książki dla młodzieży, inni za literacki junk food, pozbawiony jakichkolwiek głębszych odniesień do klasyki literatury młodzieżowej i klasyki w ogóle. Dla jednych bohater powieści jest symbolem odwagi, poświęcenia i heroizmu, w oczach innych Harry Potter jest chytrym egoistą i kłamcą. Część krytyków uważa, że nie ma potrzeby zajmowania się czymś, co zawdzięcza popularność jedynie zmyślnie prowadzonej kampanii reklamowej i ogromnej machinie hollywoodzkiego show biznesu, inni z zaciekawieniem i życzliwością przypatrują się zjawisku „potteromanii”. Nietrudno dociec, skąd bierze się tak wielka polaryzacja opinii. Książki o Harrym Potterze (w dalszej części artykułu pozwolę sobie używać skrótu HP), choć z pewnością nie zaliczają się do literatury wysokiej, są sprawnie napisaną, intrygującą mieszanką fantasy, brytyjskiej powieści szkolnej, bildungsroman i kryminału, co wyjaśnia, dlaczego dorośli sięgają po te powieści równie chętnie, co młodzież. Jednak o specyfice cyklu potterowskiego i o ogromnej jego popularności wśród czytelników przesądza przede wszystkim fakt, że jest on otwarty na najróżniejsze interpretacje. Te książki napisane są w sposób na wskroś nowoczesny i apelują do współczesnej, uformowanej przez kulturę masową wyobraźni, jednakże zza dymnej zasłony sekularyzmu, co i rusz wygląda wymiar duchowy a nawet, co postaram się wykazać, religijny. Jest on jednak przemycony przez autorkę w taki sposób, by nie narzucać się czytelnikowi w formie alegorii czy dydaktyki. W tym sensie powieściom o HP o wiele bliżej do dzieł Tolkiena niż Lewisa.
Wielka rozbieżność opinii zauważalna jest także wśród czytelników i krytyków, określających siebie mianem świadomych i praktykujących chrześcijan. Oceny wahają się od pozytywnych, czasem wręcz entuzjastycznych, po skrajnie nieprzychylne, określające HP mianem przedszkola okultyzmu czy projektu literackiego mającego na celu propagandę satanizmu. W tym tekście pragnę przyjrzeć się powieściom o HP z chrześcijańskiej perspektywy. W polskiej prasie chrześcijańskiej książki te doczekały się zaledwie kilku, przeważnie nieprzychylnych recenzji. W mojej opinii zarzuty te są niesprawiedliwe i nietrafne, a w najlepszym wypadku wyolbrzymione. Oczywiście dopiero publikacja ostatniego, siódmego tomu, w którym rozwiązane zostaną wszystkie zagadki ukryte w poprzednich książkach, pozwoli na sformułowanie ostatecznej opinii o tym cyklu powieściowym. Wszelkie przedwczesne oceny obarczone są ryzykiem pars pro toto. Wydaje się jednak, że na podstawie opublikowanych dotychczas książek można pokusić się o pierwszą próbę całościowej oceny dzieła J.K. Rowling. Zacząć należy od tego, co najczęściej niepokoi niektórych czytelników HP.
Harry Potter i chrześcijańscy krytycy
Zarzuty, z jakimi zetknąłem się, czytając krytyczne wobec HP teksty, można podzielić na trzy grupy. Rozpatrzmy je po kolei, rozpoczynając od zarzutu najcięższego kalibru.
Zarzut pierwszy: Książki o HP pełne są czarnej magii i wprowadzają czytelników w świat okultyzmu.
Powyższe oskarżenie jest zarazem najcięższe i najbardziej niesprawiedliwe. Krytycy HP bywają podobni do jednego z bohaterów powieśći J.K.Rowling, Szalonookiego Moody’ego, który zawsze i wszędzie widział Śmierciożerców. Taka postawa, choć w dzisiejszych czasach bywa przydatna, w przypadku analizy dzieła literackiego może prowadzić na manowce. Dla zrozumienia, jaki charakter ma magia w HP warto najpierw zajrzeć do publikacji współczesnych magów, brytyjskich neopogan zrzeszonych w organizacji Ordo Anno Mundi
[1]. W wydawnictwach tej organizacji (grupy religijnej?) można przeczytać, na czym polegają współczesne praktyki magiczne. Zakładam przy tym, że są to ludzie naprawdę zafascynowani czarną magią a nie cyniczni cwaniacy nabijający w butelkę nierozsądnych ludzi, gotowych zapłacić za kurs „magii”. Kiedy przebijemy się przez napuszoną retorykę owych publikacji, to zobaczymy, iż te praktyki sprowadzają się przede wszystkim do inwokacji, do przywoływania „bogów” i „bogiń”. Podobne definicje magii znajdziemy w innych źródłach, w wypowiedziach znanego dziewiętnastowiecznego okultysty Leviego Eliphasa, na stronach internetowych bractwa Dragon Rouge, którego muzyczną wizytówką jest popularna szwedzka grupa metalowa Therion albo w innych internetowych źródłach (zob. http://www.witchcraft.net/introduction/spells.html). Często zamiast „bogów” pojawiają się bliżej niezidentyfikowane „siły” lub „byty” czy też „moce astralne”, z którymi adept magii musi nawiązać kontakt. To jest właśnie magia, której zabrania Pismo Święte: przywoływanie innych niż Bóg sił duchowych. Jak, w porównaniu z tym, wygląda magia w książkach J. Rowling? Jest to typowa magia literacka, fantastyczna. „Zaklęcia” działają, bo czarodziej wypowiada odpowiednie słowa, jest to coś w rodzaju techniki, tyle że bez mechanizmów i prądu. W żadnej z książek HP nie ma ani jednego fragmentu, w którym ktokolwiek przywoływałby jakiekolwiek siły duchowe. Nie czynią tego ani dobrzy ani źli bohaterowie. W odróżnieniu od prawdziwej czarnej magii naszego świata, której źródło znajduje się zawsze na zewnątrz maga, literacka magia HP działa od wewnątrz, jest wrodzoną umiejętnością niewielkiego odsetka ludzi - choć można też spojrzeć na nich jak na odrębną rasę, coś na kształt tolkienowskich elfów - i tak jak każdy dar, wymaga lat żmudnej nauki, aby nauczyć się używać go odpowiedzialnie i zgodnie z zasadami etyki. Po to właśnie istnieje szkoła czarodziejów w Hogwarcie. Stwierdzenie, że uczniowie Hogwartu uczą się czarnej magii i są adeptami okultyzmu jest więc błędne. Niemal wszystkie zaklęcia w książkach pochodzą od łacińskich czasowników i rzeczowników (Rowling, o czym warto pamiętać, ukończyła z wyróżnieniem filologię klasyczną i francuską na uniwersytecie w Exeter): lumos, immobilus, petrificus totalus, expelliarmus, priori i finite incantatem itp. Z punktu widzenia prawdziwego okultysty „zaklęcia” tego typu są nic nie warte, bo nie ma w nich inwokacji zewnętrznej siły, brak im duchowego „motoru”. Jeżeli już mamy szukać analogii literackich dla potterowskiej magii to będzie nią „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” braci Strugackich, z takimi rekwizytami magicznymi jak nierozmienialna pięciorublówka, ząb Drakuli i żywa woda. Podobnie można by oskarżać o promowanie okultyzmu niemal wszystkich baśniopisarzy. Co zrobić z czarodziejką przemieniającą dynię w karetę w baśni o Kopciuszku? Toż to transmutacja w najczystszej postaci, taka właśnie, jakiej naucza profesor McGonagall w Hogwarcie.
Na magię w potterowskim świecie można spojrzeć z jeszcze jednej strony. Świat, wykreowany przez autorkę nie jest tożsamy z naszym światem, lecz jest rzeczywistością alternatywną. W klasycznym opracowaniu amerykańskiego historyka Lynna Thorndike’a „Historia magii i nauki eksperymentalnej” (8 tomów wydanych w latach 1929-41) opisane jest, jak w myśli europejskiej przez kilka stuleci współistniało myślenie i działanie empiryczne oraz magiczne. Z naszego, współczesnego punktu widzenia, magia i nauka rozeszły się tak dalece, że nie ma już między nimi punktów stycznych. Z naszego właśnie, gdyż z perspektywy Papuasa z Nowej Gwinei obie nadal są magią. Jednakże, co pokazuje Thorndike, przez długie wieki stanowiły one w światopoglądzie wybitnych europejskich umysłów harmonijną całość. Przywołać tu można takie postacie jak Newton czy Kepler, albo, sięgając wcześniej, św. Albert Wielki (znane są jego fascynacje alchemiczne), Roger Bacon czy Ramon Lull. Do podobnych, co Thorndike wniosków doszedł C.S. Lewis, który pisał, że nasza pewność, iż magia nie funkcjonuje natomiast będąca dzieckiem nauki technika tak, nie była udziałem naszych przodków. W naszych oczach Bacon jest ojcem współczesnej nauki, protoplastą empirycznej metodyki badań naukowych, on sam jednak wyrażał się przychylnie o magach – alchemikach swojej epoki, najwyraźniej nie widząc wielkiej różnicy między swoimi zajęciami a ich. Świat ówczesny nie był jeszcze, wedle trafnego określenia Maxa Webera, „odczarowany”. Mówiąc prościej, musiało upłynąć wiele stuleci zanim stało się oczywiste, że lekarz potrafi lepiej leczyć choroby niż babcia – zaklinaczka z sąsiedniej wsi. Magia i nauka, pisze Thorndike, miały wspólny cel: zapewnienie coraz doskonalszego panowania nad otaczającym człowieka środowiskiem. Świat, w którym toczą się opowieści o HP różni się od naszego jednym szczegółem: funkcjonuje w nim zarówno współczesna technika (społeczność Mugoli) jak i magia (społeczność czarodziejów). Widziana z takiej perspektywy magia w tych powieściach jest alternatywną technologią a jej wykorzystanie stawia takie same problemy etyczne, co praktyczna aplikacja wiedzy naukowej, co znowu doprowadza nas do zasadniczego celu istnienia szkoły w Hogwarcie.
Wielu krytyków powieści J.K. Rowling powołuje się na zakaz wszelkiego rodzaju czarów, zawarty w Piśmie Świętym. Chyba najczęściej cytowany bywa fragment z Księgi Powtórzonego Prawa:
Niech nie będzie u was nikogo, kto by kazał przeprowadzać przez ogień swego syna lub swą córkę; kto by uprawiał wróżbiarstwo, zabobony, magię i czary; kto by praktykował zaklęcia, zasięgał porad wywoływaczy duchów, szarlatanów i pytał o radę zmarłych. Każdy bowiem, kto czyni takie rzeczy, budzi odrazę w Jahwe i z powodu tych właśnie bezbożności Jahwe, twój Bóg, usunie owe ludy z twojej drogi (Pwt 18,10-12)
Sprawa jest jasna. Chrześcijanom takich rzeczy czynić nie wolno. Powstaje jednak pytanie, czy wolno czytać książki, w których niektóre z tych rzeczy są opisywane. Patrząc na problem legalistycznie, czytanie na takie tematy nie jest oczywiście złamaniem przykazania. Na tym moglibyśmy poprzestać. Pozostaje jednak wątpliwość, czy czytanie o magii i czarach nie spowoduje szkody dla duszy czytelnika? Czy utwór literacki, w którym działania magiczne są przedstawione jako naturalne nie zaowocuje obojętnością wobec realnej magii propagowanej przez działających w rzeczywistości okultystów? Czy nie możemy wyciągnąć z Biblii szerszego ostrzeżenia, by unikać nie tylko prawdziwej magii, ale i wszelkich opisów tego typu czynności? Wreszcie, co sądzić o pojawiających się wśród krytyków HP „sylogizmach” typu: a) Biblia zabrania czarów b) Harry Potter uczy się w szkole dla czarodziejów, ergo książki o HP są antychrzescijańskie. Sądzę, że w takim rozumowaniu kryje się wskazany wcześniej błąd generalizacji, polegającej na automatycznym utożsamianiu rzeczywistych działań okultystycznych z literacką, umowną magią opowieści.
Spójrzmy, dokąd zaprowadzi nas uznanie, że nie ma między nimi żadnej różnicy. Konsekwencją takiego poglądu będzie przede wszystkim odrzucenie dzieł uznawanych dziś za klasykę fantastyki chrześcijańskiej. „Władca Pierścieni” Tolkiena i cykl narnijski Lewisa winny od razu trafić pod cenzorski nóż. Ile w tych książkach magii i to chwilami bardziej podejrzanej niż w HP, bo polegającej na przyzywaniu istot duchowych. Przypomnijmy sobie inwokacje Aragorna, wróżebne zwierciadło Galadrieli, Nikabrika przywołującego Białą Czarownicę i Sarumana przywołującego Saurona, podróże astralne w „Siostrzeńcu Czarodzieja”. Przeczytajmy raz jeszcze „Księcia Kaspiana”, w którym pojawiają się rzymska bogini Pomona a także Bachus i Sylen. A tytuły książek? „Lew, czarownica i stara szafa” i „Siostrzeniec czarodzieja” nie mogą nie wzbudzać podejrzeń. Za prawdziwą kopalnię tematyki okultystycznej może w takiej perspektywie uchodzić klasyczna “Opowieść wigilijna” Dickensa. Czegoż tam tylko nie ma! Duchy, nekromancja (powrót zmarłego Jakuba Marleya), przepowiadanie przyszłości, zaklęcia a nawet projekcja astralna. Idąc dalej tą drogą będziemy zmuszeni potępić arcydzieło brytyjskiego dramatu, „Makbeta”. W I scenie IV aktu tej sztuki trzy wiedźmy dają taki popis czarnej magii, przy którym bledną wyczyny Lorda Voldemorta opisane w „Czarze Ognia”.
Trzeba przyznać, że wielu protestanckich fundamentalistów zachowuje konsekwencję i wrzuca Lewisa, Tolkiena i innych pisarzy do wspólnego worka z HP. Częściej jednak spotkać się można z inną argumentacją. Dzieła Lewisa, Tolkiena czy Dickensa różnią się od cyklu przygód Harry’ego Pottera tym, że wymienieni autorzy byli zdeklarowanymi chrześcijanami zaś J.K. Rowling nie. Abstrahując od poglądów religijnych autorki, można uznać ten argument za pozbawiony sensu. Skoro zarzucamy jakiemuś dziełu, że opisuje ono magię i czary, to nie ma znaczenia czy autor jest chrześcijaninem, muzułmaninem czy agnostykiem. Jest ono złe i godne odrzucenia z mocy tego faktu. Innym argumentem ma być jakościowa różnica między dziełami Inklingów czy Dickensa a książkami Rowling. Ich dzieła w założeniu były chrześcijańskimi alegoriami (Lewis), mitopeją o chrześcijańskiej inspiracji (Tolkien) albo miały wyraźnie pedagogiczne przesłanie moralne (Dickens). A jak wypada w tym kontekście Harry Potter? Wcale nie gorzej. Szerszym kontekstem tych powieści jest przecież odwaga, poświęcenie, dorastanie do trudnych wyborów wobec narastającej potęgi zła, przezwyciężenie własnych słabości, wreszcie przewijający się przez wszystkie tomy cyklu w tej czy innej postaci triumf miłości nad śmiercią.
Magia w tych wszystkich powieściach pełni rolę rekwizytu, ułatwiającego autorowi przemycenie przesłania dzieła w opakowaniu atrakcyjnej fabuły i spójnego wewnętrznie, wymyślonego uniwersum. W taki właśnie sposób uzasadniał obecność elementów magicznych w swoich dziełach C.S. Lewis, któremu też nieźle się dostało od brytyjskich purytanów w latach pięćdziesiątych. Moim zdaniem, konsekwentne są tylko dwie postawy: albo całkowite odrzucenie każdego dzieła zawierającego opisy czynności magicznych, niezależnie od ich tożsamości z prawdziwą magią, albo uznanie, że czary w literaturze mogą pełnić funkcję, jaką nada im autor: alegoryczną, aluzyjną, nadającą koloryt wykreowanemu światu. Najważniejszy jest cel, przyświecający autorowi, który sięga po takie a nie inne środki wyrazu. Dodajmy jeszcze, że obsesyjne skupianie się na magicznej scenerii cechuje jedynie krytyków cyklu J.K. Rowling. Ludzie, którzy lubią te książki, nie wymieniają magii jako przyczyny swojej sympatii. Zwykle wskazują na atrakcyjną, pełną niespodzianek fabułę, ciekawe postacie głównych bohaterów i niezwykłe, zarazem swojskie i tajemnicze miejsce akcji, jakim jest Hogwart.
Czasem spotkać się można także z zarzutem, że HP promuje pogańskie widzenie rzeczywistości. Czym jest jednak pogaństwo? Święty Paweł definiuje je jako oddawanie czci stworzeniu zamiast Stwórcy (Rz 1,23). W książkach J.K. Rowling nie ma takiego oddawania czci, nie ma tam w ogóle żadnego kultu, ani w formie bezpośredniej ani aluzyjnej. Co jest tego przyczyną? Sądzę, że jest to milczenie świadome, przemyślany zabieg autorki, nie wynikający bynajmniej z przypisywanego jej czasem ateizmu. W wywiadzie udzielonym pismu The Vancouver Sun w październiku 2000 roku Rowling powiedziała: „zawsze, kiedy pytano mnie, czy wierzę w Boga, odpowiadałam twierdząco, gdyż tak jest w istocie. Jednak nikt z dziennikarzy nie próbował skierować rozmowy głębiej na ten temat i muszę przyznać, że mi to odpowiada. Gdybym powiedziała w tej kwestii zbyt wiele, obawiam się, że inteligentny czytelnik, czy dziesięcioletni czy sześćdziesięcioletni, byłby w stanie odgadnąć, co stanie się w kolejnych książkach”
[2]. Dobro i zło w tych powieściach objawia się w postaci cnót naturalnych lub ich przeciwieństwa, na pewno jednak nie lansują one pogańskiego światopoglądu, co stanie się jeszcze bardziej jasne w dalszej części artykułu, omawiającej użytą przez autorkę symbolikę.
Zarzut drugi: W książkach o Harrym Potterze nie ma wyraźnie zarysowanej opozycji Dobra i Zła
Ten zarzut, choć mniej poważny od pierwszego, wydaje się po prostu nieprzemyślany. Łatwiej zrozumieć kogoś, komu magiczne rekwizytorium powieści kojarzy się automatycznie z okultyzmem niż kogoś, kto nie dostrzega rdzenia, dookoła którego zbudowana jest zarówno każda z książek jak i cały cykl, a którym jest toczący się w świecie czarodziejów od niepamiętnych czasów spór o właściwe, etyczne wykorzystanie daru magii. Ten zaś spór jest w istocie odbiciem głębszego sporu o motywy ludzkiego postępowania, o pobudki, którymi kierujemy się przy realizacji naszych pragnień, wreszcie o moralną kwalifikację owych pragnień.
Podobnie jak w przypadku zarzutu o propagowanie pogaństwa, i tu ważnym argumentem będzie analiza symbolicznego ładunku powieści. Jednak i bez niej można wskazać na niezgodność powyższych ocen z treścią książek J.K. Rowling. Zauważmy, że nie ma w nich najmniejszej sugestii, że Dobro i Zło są w jakiś sposób komplementarne, że muszą istnieć - jak choćby w „Gwiezdnych Wojnach” - w stanie harmonijnej równowagi. Autorka całkiem dobrze poradziła sobie z niełatwym zadaniem literackim, jakim jest stworzenie, bez popadnięcia w sztampę i moralizatorstwo, pozytywnych postaci, które byłyby bardziej interesujące od bohaterów negatywnych. Paleta dobrych bohaterów jest w HP bardzo szeroka, znajdziemy tam ludzi szlachetnych i dostojnych (Dumbledore, McGonagall), ekscentrycznych dziwaków (Luna Lovegood), na pozór przeciętną wielodzietną rodzinę (Weasleyowie), porywczych awanturników (Syriusz Black) a nawet osoby niecieszące się z różnych względów najlepszą reputacją w społeczności czarodziejów (Moody, Lupin, Hagrid). W porównaniu z nimi mroczny czarnoksiężnik Voldemort i Śmierciożercy, choć odmalowani z wielkim autentyzmem, wydają się nieco jednowymiarowi. Motywy ich działań są zawsze takie same: pożądanie władzy, egoizm, pycha i strach. Postacią, która wydaje się wykraczać poza ten schemat jest mroczna Bellatriks Lestrange, zapewne jedyna osoba na świecie, która kocha Voldemorta.
Spójrzmy na postępowanie głównego bohatera. Harry Potter prędko dowiaduje się, że w świecie czarodziejów nie wszystko jest „lekkie, łatwe i przyjemne”. Dostrzega istniejące podziały na czarodziejów czystej krwi i „szlamy”, styka się z różnego rodzaju uprzedzeniami, pyszałkowatością i grubiaństwem. Od początku ma możliwość dołączenia do „czarnych kapeluszy”, sugeruje to nawet Tiara Przydziału, chcąc zakwalifikować go do Slytherinu (jednego z czterech domów, tworzących szkołę w Hogwarcie). Jednak Harry ze wszystkich sił sprzeciwia się temu a sumienie podpowiada mu, że musi wybrać inną drogę i ten upór wiąże go w końcu z Gryffindorem, domem, w którym niegdyś uczyli się jego rodzice. Odrzuca też „przyjaźń” wywodzącego się z czarodziejskiej arystokracji Draco Malfoya i wiąże się z Ronem Weasley, pochodzącym z ubogiej rodziny i „szlamą” Hermioną Granger, będącą w oczach wielu czarodziejskich rodzin pariasem z racji niemagicznego pochodzenia. Spójrzmy, co dzieje się w kolejnych tomach:
· W „Komnacie Tajemnic” Harry, mimo śmiertelnego niebezpieczeństwa, deklaruje przed Voldemortem swoją lojalność wobec dyrektora szkoły, Albusa Dumbledore’a.
· W „Więźniu Azkabanu” Harry początkowo ulega emocjom i rzuca zaklęcie na ciotkę Marge, pogardliwie wyrażającą się o jego matce. Jednak pod koniec książki nie pozwala zabić Glizdogona, który przyczynił się bezpośrednio do śmierci jego rodziców, gdyż jak twierdzi, tak właśnie postąpiłby jego ojciec.
· W „Czarze Ognia” nie zgadza się na łatwe, fałszywe pojednanie z Ronem, dopóki ten nie uznaje prawdziwego stanu rzeczy. W tej samej książce ze spokojem wytrzymuje medialną nagonkę rozpętaną przez dziennikarkę Ritę Skeeter, uznając, że jest to cena konsekwentnego trwania przy tym, co Dumbledore i on sam uważają za słuszne. Ryzykuje też przegraną w jednej z konkurencji Konkursu Trójmagicznego, ratując młodszą siostrę swojej konkurentki w zawodach, Fleur Delacour.
· Wreszcie w „Zakonie Feniksa”, książce mającej szczególne znaczenie dla cyklu, Harry Potter po raz pierwszy ulega własnej dumie i wybiera to, co łatwe, przyczyniając się do śmierci swojego ojca chrzestnego, Syriusza Blacka, podczas bitwy w Departamencie Tajemnic.
Jak widać w każdym tomie bohater staje przed poważnym wyborem i zazwyczaj, choć nie zawsze, wybiera dobrze. Co ważne, Harry Potter dopiero pod koniec piątego tomu serii, dowiaduje się o proroctwie, wiążącym jego losy z Voldemortem i czyniącym go Wybrańcem, skazanym na konfrontację z Czarnym Panem. Wybory, których dokonuje wcześniej, nie są więc zdeterminowane świadomością własnej wyjątkowości.
Rowling przyznała wielokrotnie, że „mówi” do czytelników ustami dyrektora szkoły, Albusa Dumbledore’a. Zobaczmy zatem, co ma on do powiedzenia w kwestii dobrych i złych wyborów życiowych:
„… to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności.” („Harry Potter i Komnata Tajemnic” str. 347)
„Zapamiętajcie Cedrika. Pamiętajcie o nim, gdy nadejdzie czas, w którym będziecie musieli wybierać miedzy tym, co słuszne, a tym, co łatwe. Zapamiętajcie, co stało się z tym dobrym, uprzejmym i dzielnym chłopcem, gdy stanął na drodze lorda Voldemorta.” („Harry Potter i Czara Ognia” str. 748)
Trudno doszukać się w tych zdaniach czegoś innego, poza wezwaniem do niełatwego wyboru między dobrem i złem.
Warto jeszcze przypomnieć, że podobnej krytyce poddano swojego czasu „Władcę Pierścieni”. W obronie trylogii Tolkiena podniósł pióro W.H. Auden, który napisał, że w literaturze różnica między „białymi kapeluszami” i „czarnymi kapeluszami” sprowadza się do wyborów, jakich oni dokonują. O ile „czarne kapelusze” niemal automatycznie wybierają to, co służy wyłącznie ich interesom i starają się dążyć do tego bez względu na koszty, o tyle „białe” usiłują - choć nie zawsze się to udaje - podejmować decyzje pamiętając o tym, co obiektywnie dobre i złe. Fakt, że „biały kapelusz” podejmie czasem złą decyzję lub uczyni coś moralnie dwuznacznego nie sprawia, że przestaje on być „biały”, gdyż przecież zdaje sobie sprawę z popełnionego błędu, stara się go naprawić itd.
Zarzut trzeci: Harry Potter nie jest dobrym przykładem do naśladowania dla dzieci
Zwykle zarzuca się mu, że kłamie i łamie szkolne zasady. Nawet profesor McGonagall, choć wyraźnie zadowolona, że uczeń z jej domu zdołał ocalić Ginny Weasley i pokonać bazyliszka, wytyka Harry’emu, że dokonał tego „łamiąc po drodze ze sto punktów szkolnego regulaminu”. Wiemy już jednak, że Harry rośnie i dojrzewa a jego charakter zmienia się w kolejnych tomach. W „Zakonie Feniksa” wręcz odmawia powtarzania kłamstw (kolejny niełatwy wybór!), czego wymaga od uczniów Dolores Umbridge, za co zostaje boleśnie ukarany, a jednak nie zmienia zdania. Stwierdzenie, że Potterowi każde świństwo uchodzi na sucho nie ma pokrycia w rzeczywistości. Potter darzy niezwykłym szacunkiem Dumbledore’a i innych profesorów, za wyjątkiem Snape’a. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z typowym dla powieści szkolnej konfliktem nauczyciela i ucznia, pogłębionym przez zagmatwane relacje młodego Snape’a i rodziców Pottera z czasów ich pobytu w Hogwarcie. Trzeba przy tym pamiętać, że Rowling nieprzypadkowo posłużyła się narracją w trzeciej osobie z jednoosobowym punktem widzenia. Wiemy o świecie powieści tyle, ile wie Harry Potter, którego wiedza jest nie tylko niepełna, ale i bardzo subiektywna, zniekształcona przez emocje i resentymenty nastolatka. Dotyczy to w szczególności kluczowej dla całej serii, tajemniczej postaci mistrza eliksirów. Zwróćmy też uwagę, że Harry Potter szanuje i kocha swoich zamordowanych rodziców, których nigdy nie znał, zaś tradycyjna rola ojca jako autorytetu w rodzinie jest bardzo wyraźnie zaznaczona w całym cyklu, szczególnie w tomach od trzeciego do piątego. Na tle większości współczesnych powieści z gatunku młodzieżowej fantasy jest to ewenement i wielu zachodnich, lewicujących krytyków, zarzuca z tego powodu autorce gloryfikowanie patriarchalnej, autorytarnej wizji świata.
Harry Potter i założyciele Hogwartu
Kanadyjski pisarz, malarz i publicysta Michael O’Brien, jeden z krytyków HP, w wywiadzie dla katolickiego pisma Credo przyznał, że „pięćdziesiąt czy sto lat temu te książki zapewne byłyby całkiem nieszkodliwe”
[3]. Jego zdaniem współczesny świat nie daje dzieciom moralnego kompasu, umożliwiającego im świadome rozpoznanie tego, co dobre i złe i w takiej sytuacji powieści, obfitujące w magiczne rekwizyty mogą przyczyniać się do popularyzacji pogańskiego światopoglądu albo fascynacji okultyzmem. Z licznych obaw O’Briena o szkodliwości lektury HP podzielam jedną: po te książki sięgają często zbyt młodzi czytelnicy, choć w rzeczywistości, poza pierwszymi dwoma, może trzema tomami, nie są to typowe książki dla młodszych dzieci. Trudno jednak winić za ten stan rzeczy autorkę, skoro odpowiedzialność za dobór lektur spoczywa na rodzicach. Trzeba też odróżniać same książki od nakręcanej przez korporację Warner Bros potteromanii. Hollywoodzki cyrk jest w stanie strywializować dowolne dzieło, czego dowodem medialny zgiełk wokół ekranizacji powieści Tolkiena i Lewisa.
Paradoksalnie, z punktu widzenia „apologety” HP, wypowiedź O’Briena zawiera dużo prawdy. Książki J.K. Rowling rzeczywiście zawierają kod, który może być w znacznej mierze nieuchwytny dla współczesnego czytelnika, choć nie jest to domniemywany przez kanadyjskiego autora przekaz okultystyczny. Dlaczego więc nie podjąć próby „odkodowania” tych powieści, uczynienia ich bardziej przejrzystymi? Niedawna lektura artykułu o australijskich neopoganach, bardzo ceniących cykl narnijski Lewisa i bez trudu omijających fragmenty powszechnie uważane za chrześcijańskie alegorie, utwierdziła mnie w przekonaniu, że w przypadku tak szczególnego, otwartego na symbolikę i metaforę gatunku, jakim jest fantastyka, interpretacja tekstu jest równie ważna, co sam tekst. Pierwszą pomocą w dziele rozszyfrowania HP będzie Bestiarium, księga ustępująca w Średniowieczu popularnością jedynie Biblii i „Złotej Legendzie”.
Świat powieści o Harrym Potterze jest dziwny, archaiczny i na wskroś nowoczesny zarazem. Znajdziemy tam z jednej strony szkołę zorganizowaną na wzór średniowiecznego zakonu, pozbawioną telefonów i oświetlaną woskowymi świecami oraz coś na kształt zalegalizowanego niewolnictwa (skrzaty domowe), z drugiej zaś - rozczytujące się w kolorowych pisemkach gospodynie domowe, międzynarodowe imprezy sportowe, ministerialne budynki wyposażone w luksusowe, nowoczesne windy i samochody oraz opisany nie bez ironii – zapewne Rowling skorzystała tu z własnych doświadczeń współpracy z Amnesty International - ruch wyzwolenia tychże skrzatów. Jest to świat na poły anarchiczny, w teorii rządzony przez Ministerstwo Magii, które jednak nie spełnia nałożonych nań zadań, stanowiąc klasyczny przykład parkinsonowskiego molocha istniejącego dla samego istnienia. W tym świecie trwa walka, jaką Dumbledore, Harry Potter i członkowie Zakonu Feniksa toczą z Lordem Voldemortem i jego Śmierciożercami. Nie jest to jednak jakieś ahistoryczne, incydentalne starcie bez precedensów. Już w „Kamieniu Filozoficznym” dowiadujemy się, że jednym z największych osiągnięć Dumbledore’a było pokonanie w roku 1945 (przypadek?) złego czarodzieja Grindelwalda. W kolejnym tomie profesor McGonagall odsłania kulisy historii szkoły, od zarania wstrząsanej konfliktem spowodowanym przez odejście jednego z jej założycieli, Salazara Slytherina. Dlatego warto przyjrzeć się „historii” Hogwartu, a szczególnie dwóm z czterech założycieli szkoły, na poły mitycznym postaciom Godrica Gryffindora i Salazara Slytherina.
Rowling, idąc śladami najlepszych wzorów literatury brytyjskiej, przede wszystkim Dickensa, nadaje wielu swoim bohaterom imiona zdradzające ich naturę. I tak Severus Snape to nic innego jak „srogie upomnienie” (od severe – srogi, surowy i staroangielskiego czasownika snape – napominać, karcić), co doskonale oddaje charakter tego nauczyciela. Imię i nazwisko nieznośnej dziennikarki Rity Skeeter rymuje się z mosquito (komar) i rzeczywiście jest ona nie zarejestrowanym animagiem, posiadającym umiejętność przemiany w tego właśnie owada. Z kolei zawsze czujny woźny Argus Filch kojarzy się z mitycznym stuokim Argosem, Remus Lupin nieprzypadkowo cierpi na wilkołactwo, zaś pijak i złodziejaszek z czarodziejskiego półświatka nosi imię Mundungus, od łacińskiego mundus – świat i angielskiego dung – gnój, łajno. Nie inaczej jest w przypadku Gryffindora i Slytherina, których rywalizacja odcisnęła piętno na całej historii Hogwartu. Zajmijmy się najpierw Godrykiem Gryffindorem. Jego nazwisko stanowi wyraźne odniesienie do symboliki średniowiecznej. Gryffindor to francuskie griffine d’or, czyli złoty gryf. Sięgając do dowolnego ze średniowiecznych bestiariów odnajdziemy wzmianki o gryfie jako symbolu chrystologicznym. Dzieje się tak z prostej przyczyny: gryf jest na poły lwem (władcą zwierząt lądowych) i na poły orłem (władcą przestworzy) i jako taki symbolizuje Chrystusa jako Pana Nieba i Ziemi. Zgodnie z przekazami bestiariuszy, nikt nie potrafił powstrzymać kroczącego gryfa, podobnie jak tłum nie był w stanie pochwycić i strącić Jezusa ze skały (Łk 4,28-30). W przypadku nazwiska Gryffindor nie bez znaczenia jest też złoty kolor, w ikonografii kojarzony jednoznacznie z majestatem boskości. W książkach gryf pojawia się tylko raz: kołatka w kształcie tego zwierzęcia znajduje się na drzwiach gabinetu dyrektora Dumbledore’a. Jego powieściowym zastępcą jest bardzo doń podobny hipogryf, renesansowa włoska „odmiana” gryfa, po raz pierwszy opisana przez Ludovico Ariosto w poemacie „Orlando Furioso”.
Skąd jednak wzięło się imię Godryk? Zapewne z fascynacji autorki Średniowieczem. Rowling dawała mu wyraz w wielu wywiadach, przyznała też parokrotnie, że szereg dziwnych dla współczesnego ucha imion, jakie noszą bohaterowie jej książek, zaczerpnęła od średniowiecznych świętych z Wysp Brytyjskich. Jedynym znanym Brytyjczykiem noszącym takie imię - wyszło ono z użycia wkrótce po najeździe normańskim - był eremita, św. Godryk (Godric) z Finchale, człowiek o niezwykle barwnym życiorysie. Burzliwa młodość Godryka upłynęła na najróżniejszych zajęciach: był wędrownym handlarzem, pielgrzymem do Jerozolimy, kapitanem statku na Morzu Śródziemnym, podejmującym się zleceń na granicy piractwa i bailiffem w jednym z brytyjskich miast. Wreszcie osiadł w pobliżu Durham, gdzie przez ponad pięćdziesiąt lat prowadził ascetyczny żywot, pokutując za popełnione w młodości grzechy. Godryk z Finchale znany jest jako autor pierwszych poezji religijnych zapisanych w jezyku środkowoangielskim, prostych hymnów ku czci Matki Bożej, św. Jana Chrzciciela i św. Mikołaja. Równie proste rymy komponuje “relikwia” Gryffindora znana w Hogwarcie jako Tiara Przydziału. Podobnie jak św. Godryk, posiada ona dar profetyczny. Zauważmy przy tym, że jej przepowiednie są zawsze prawdziwe, w odróżnieniu od “wróżbiarstwa” wykładanego przez prof. Trelawney i przedstawionego przez Rowling z nieskrywaną ironią. Czas życia św. Godryka pokrywa się z grubsza z “datą założenia” Hogwartu. Na starych angielskich gobelinach św. Godryk przedstawiany jest w towarzystwie białego jelenia. Do tego symbolu, który nota bene pojawia się także w „Lwie, czarownicy i starej szafie” Lewisa, wrócimy później, warto jednak zwrócić uwagę, że biały jeleń niezmiennie towarzyszy domowi Gryffindora. Ojciec Harry’ego, James, posiadał umiejętność przemiany w białego jelenia, taką postać ma też patronus (ochronne zaklęcie) Harry’ego. Dodajmy, że Harry jest prawdopodobnie dziedzicem Gryffindora (tak jak Voldemort Slytherina), na co wskazuje epizod z mieczem i tiarą podczas walki z bazyliszkiem w „Komnacie Tajemnic” oraz nazwa rodowej siedziby Potterów, Godric’s Hollow. Związek między św. Godrykem z Finchale i Godrykiem Gryffindorem z powieści wydaje mi się dość oczywisty. Na poparcie tej tezy dodać można jeszcze jeden argument. Pieśń śpiewana w „Czarze ognia” przez Tiarę Przydziału wspomina o „dzielnym Godryku z wrzosowisk”. Skądinąd wiadomo, że erem w Finchale, w którym święty spędził większość lat klasztornego życia leżał pomiędzy dwoma wrzosowiskami, Lumley i East Leazes, stanowiącymi część ogromnej połaci wrzosowisk North Yorkshire Moor w środkowej części wschodniego wybrzeża Anglii.
Salazar Slytherin wydaje się postacią o mniej zagadkowych imionach. Nazwisko Slytherin wywodzi się oczywiście od angielskiego czasownika slither (ślizgać się) i bezpośrednio wskazuje na wężową, podstępną naturę jego nosiciela. Niektórzy wskazują też na związek tego nazwiska z przymiotnikiem sly (chytry, przebiegły). Imię Salazar nawiązuje oczywiście do Antonio Oliveiry de Salazara (pamiętajmy, że Rowling spędziła kilka lat w Portugalii, gdzie pracowała jako nauczyciel angielskiego), choć nie sadzę, aby ten staroświecki i niegroźny urzędnik-dyktator był dla autorki prawzorem mrocznego czarodzieja. Zadziałała tu raczej pisarska wyobraźnia. Decydujące było syczące, kojarzące się jednoznacznie z parseltoungiem - językiem węży - brzmienie tego imienia i nazwiska, dość trudne do osiągnięcia w angielszczyźnie. Salazar Slytherin brzmi po angielsku, jeśli można się tak wyrazić, naprawdę „wężowo”.
Harry Potter i mityczne bestie
Porównania Gryfindoru i Slytherinu nie można zakończyć na postaciach założycieli tych domów. To jedynie początek. Godłem Gryfindoru jest złoty lew na czerwonym tle, ten sam, jaki widniał na tarczy króla Piotra i na płaskorzeźbach nad kajutą Łucji w powieściach C.S. Lewisa. Jest to, podobnie jak wspomniany już gryf, dawny symbol chrystologiczny, pochodzący z Objawienia św. Jana (Ap 5,5), często spotykany w średniowiecznej ikonografii. Jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych bestiariuszy, szkockie Aberdeen Folio, zawiera następujący komentarz przy wizerunku lwa: “nasz Zbawiciel, lew duchowy”. Lew, według komentarza z Aberdeen, daruje życie zwierzętom, które się przed nim ukorzą, co wprawdzie nie jest typowe dla prawdziwych lwów z afrykańskiej sawanny, jednak upodabnia symbolicznego lwa ze stronic Bestiarium do Chrystusa, który przecież okazuje miłosierdzie skruszonym grzesznikom
[4].
Z pewnością najważniejszym mieszkańcem Bestiarium towarzyszącym domowi Gryffindora jest feniks Fawkes - którego imię jest zabawnym odniesieniem do angielskiego zwyczaju palenia kukły Guya Fawkesa - zamieszkujący w gabinecie dyrektora Dumbledore’a. Mityczny feniks, dzięki swojej umiejętności odradzania się z popiołów, zwany był „ptakiem zmartwychwstania”. Często używano go w heraldyce, jego wizerunki zdobiły rycerskie tarcze, wskazując na wiarę chrześcijańskiego wojownika w życie wieczne. Fawkesowi przypada w magicznej menażerii Gryffindoru miejsce szczególne. Grupa czarodziejów walcząca z Voldemortem i jego poplecznikami nosi nazwę Zakonu Feniksa. Rowling przeznacza feniksowi niezwykle ważną rolę w kilku powieściach serii. Jest ona szczególnie widoczna w końcowych scenach „Komnaty Tajemnic”: Fawkes, którego śpiew brzmi w mrocznym lochu jak „dziwna, budząca dreszcze, nieziemska muzyka”, dostarcza Harry’emu Miecz Gryffindora, wykłuwa oczy bazyliszkowi, leczy śmiertelne rany zadane chłopcu przez potwora, wreszcie zabiera Harry’ego i Ginny z podziemi – symbolicznego Królestwa Śmierci – z powrotem do Hogwartu. Fawkes wspiera Harry’ego Pottera także w „Czarze Ognia”, kiedy to „nieziemski, cudowny śpiew” feniksa dodaje bohaterowi sił w starciu z Voldemortem na cmentarzu w Little Hangleton. W „Zakonie Feniksa” Fawkes wybawia od śmierci Dumbledore’a - i co za tym idzie, również Pottera - połykając śmiercionośne zaklęcie rzucone przez Voldemorta. Feniks jest, jeśli można tak rzec, najbardziej chrystologicznym spośród symboli wybranych przez Rowling dla domu Gryffindora, symbolem najpełniej wyrażającym istotę walki, jaką toczą wojownicy Życia i Miłości z Voldemortem i Śmierciożercami.
Kolejnym mitycznym zwierzęciem związanym z Gryfindorem jest, jak wspomniano wcześniej, biały jeleń. Także ten symbol, pochodzący od ludów indoeuropejskich Azji Środkowej, łatwo odnaleźć w średniowiecznych bestiariach. Opisują one jelenia jako nieprzejednanego pogromcę węży. Co ciekawe, w leżącym w Azji Środkowej Afganistanie rzeczywiście żyje gatunek jelenia, który poluje i żywi się drobnymi wężami. Jeleń symbolizował zarówno Chrystusa jak i duchową walkę toczoną przez chrześcijan z wężem – Szatanem. Był również symbolem czystości duchowej i dążenia ku Bogu, zgodnie ze słowami psalmu 42(2), stąd też jego wizerunkiem chętnie przyozdabiano chrzcielnice i cyboria. Wreszcie, w mitologii brytyjskich Celtów, biały jeleń był pośmiertnym przewodnikiem duszy zmarłego przez ciemny las, co pozwoliło uczynić go popularnym na Wyspach symbolem Chrystusa jako obrońcy i przewodnika chrześcijan.
Nie można pominąć jeszcze jednego zwierzęcia z bestiariusza, kojarzonego z symboliką chrystologiczną i pojawiającego się w zakamuflowanej postaci niemal na każdej stronie powieści. Jest nim łasica. Weasleyowie są liczną i kochającą się rodziną, związaną od zawsze z Gryfindorem i wiernie wspierającą dyrektora Dumbledore’a i Harry’ego w walce z Voldemortem, zaś ich nazwisko wywodzi się od angielskiego słowa weasel, oznaczającego łasicę. Te zwierzęta, znane z odwagi i umiejętności pokonywania większych od siebie przeciwników, odzwierciedlały w średniowiecznej ikonografii siłę duchową bohaterów wiary, zdolnych stawić czoła Szatanowi. Według bestiariuszy łasica była zwierzęciem, które potrafiło zabić niepokonanego bazyliszka, choć tylko za cenę własnego życia. Nie wróży to najlepiej klanowi Weasleyów, który zapewne złoży dużą daninę krwi w siódmym tomie, podczas ostatecznej rozgrywki z Czarnym Panem. Ta ofiarność łasicy oraz fakt, że ten gryzoń chętnie poluje na węże, czynił go symbolem czystości oraz oczyszczającej łaski Chrystusa.
Rowling definiuje Gryffindor jako miejsce szczególne nie tylko poprzez symbolikę zaczerpniętą z bestiariów. Szlachetność Gryffindoru ukazana jest nawet w pozornie błahych detalach, takich jak ulokowanie domów w Hogwarcie: pokoje Gryfonów (uczniów z Gryffindoru) umieszczone są na szczycie wieży, podczas gdy siedziba Ślizgonów (uczniów ze Slytherinu) znajduje się pod ziemią. Sowa Harry’ego, Hedwiga, nosi imię na cześć wspólnoty zakonnej Sióstr św. Hedwigi, zajmującej się edukacją osieroconych i porzuconych dzieci. Z kolei skład gryfońskiej drużyny quidditcha w pierwszych tomach cyklu nawiązuje poprzez imiona i nazwiska graczy do tradycyjnej architektury kościelnej. Trzon drużyny, obok Harry’ego, stanowią Alicja Spinett (spinett czyli wirginał, rodzaj klawesynu, był przez pewien czas używany w angielskich kościołach na równi z organami), Katie Bell oraz Angelina Johnson (tym mianem określano dawniej rzeźbione dekoracyjne anioły). Najbardziej cenionym surowcem dla wyrobu rzeźb kościelnych było drewno oliwki i oto mamy kapitana drużyny Olivera Wooda. Kiedy zaś jeden z bliźniaków Weasleyów ulega kontuzji, zastępuje go chłopiec nazwiskiem Kirke. Zbieżność tego nazwiska z niemieckim Kirche i używanym w Szkocji słowem Kirk jest oczywista. Drużyna Gryfonów jest prawdziwą “latającą kaplicą”.
Spójrzmy teraz, jakie symbole i jakie mityczne bestie towarzyszą domowi Slytherina. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wszechobecność węża, któremu Biblia jednoznacznie nadaje rangę symbolu Szatana (np. Rdz 3,1 i Ap 20,2). Dobro jest bardziej różnorodne niż zło, zdaje się mówić Rowling. Następcy Slytherina są niemal zawsze w jakiś sposób związani z wężem. Godłem domu Slytherina jest srebrny wąż w tarczy. Zaczerpnięta z indyjskich baśni nagini, olbrzymi wąż, jest sługą Voldemorta, tak jak feniks Fawkes służy Dumledorowi. Czarnego Pana słucha też gigantyczny bazyliszek, umieszczony niegdyś w podziemiach Hogwartu przez samego Salazara Slytherina. Ten olbrzymi gad przedostaje się do Komnaty Tajemnic przez usta znajdującej się tam wielkiej rzeźby Slytherina. Emblematem Śmierciożerców, stanowiących gwardię Voldemorta, jest Mroczny Znak, unosząca się w powietrzu podobizna trupiej czaszki, z której ust wyłania się wąż. Sam Voldemort, posuwając się coraz dalej na drodze ku „nieśmiertelności” stopniowo zatraca ludzkie rysy i upodabnia się do węża. Jest on także, a raczej był, na początku swojej kariery, mistrzem kamuflażu i kłamstwa, podobnie jak biblijny wąż: „Ostre jak u węża ich języki, a jad żmijowy pod ich wargami” (Ps 140,4).
W niektórych kulturach wąż nie jest kojarzony tak jednoznacznie negatywnie, jak w tradycji chrześcijańskiej. Wiele ludów pierwotnych czci go jako symbol zdrowia i siły, jako istotę, która całym ciałem dotyka ziemi. Rowling nie ucieka i od tego aspektu, jednak nadaje mu negatywny kontekst. Ideał Voldemorta jest rzeczywiście przyziemny, cielesny i materialistyczny w najgłębszym tego słowa znaczeniu, co szczególnie wyraźnie widać w świeżo opublikowanym tomie „Harry Potter i Książę Półkrwi”. Voldemort ogarnięty jest obsesją śmierci i wyznaje kult czysto fizycznego życia, osiąganego za cenę zguby własnej duszy, życia, które jest de facto gorsze od śmierci:
„…ja, który zaszedłem dalej, niż ktokolwiek inny na drodze do nieśmiertelności. Znacie mój cel: zwyciężyć śmierć.” („Harry Potter i Czara Ognia” str. 678)
„- Nie ma nic gorszego od śmierci, Dumbledore! – warknął Voldemort.
- Mylisz się – powiedział Dumbledore, zbliżając się do niego… - Ale twoja niezdolność zrozumienia, że są rzeczy o wiele gorsze od śmierci, zawsze była twoją największą słabością…” („Harry Potter i Zakon Feniksa” str. 889)
Na obsesyjny strach przed śmiercią wskazuje imię, które sam sobie nadał, pragnąc zerwać z mugolskimi korzeniami. Francuskie vol de mort można przetłumaczyć jako „lot śmierci” lub „lot (ucieczka) od śmierci”. To drugie znaczenie najlepiej pokazuje, kim jest główny „czarny charakter” serii. Trzeba tu zwrócić uwagę na jeszcze jedną inspirację chrześcijańską w powieściowej serii J.K. Rowling. Jest nią nacisk położony na odkupieńczą, zbawczą rolę krwi, przy czym autorka wskazuje zarówno na pozytywną jak i negatywną stronę wykorzystania owego symbolicznego eliksiru życia. Voldemort pożywia się krwią jednorożca, który w tradycji chrześcijańskiej symbolizował albo Chrystusa (Tertulian, św. Hieronim, św. Ambroży, św. Bazyli Wielki) albo czystość, niewinność i Wcielenie:
„- Zabicie jednorożca jest straszliwą zbrodnią – rzekł Firenzo. – Zdolny jest do niej tylko ktoś, kto nie ma nic do stracenia a wszystko do zyskania. Krew jednorożca zapewnia życie każdemu, kto ją wypije… ale za straszliwą cenę. Jeśli zabije coś niewinnego i bezbronnego, zostanie na zawsze przeklęty i będzie wiódł nędzne życie, a właściwie pół-życie.” („Harry Potter i Kamień Filozoficzny” str. 268, por. z 1 Kor 11,27-29)
Voldemort idzie dalej i używa ”krwi wroga”, czyli krwi Harry’ego Pottera, w obrzydliwym rytuale pozwalającym mu na stworzenie nowego ciała. W istocie te czyny Voldemorta są symboliczną, bluźnierczą inwersją sakramentów Eucharystii i chrztu. Pamiętajmy, że każdy akt bluźnierczy jest hołdem a rebours, oddanym sile, której pragnie ubliżyć. To kolejny motyw, łączący Voldemorta z Szatanem. Ale w HP znajdujemy też inną, starożytną magię krwi, przelanej przez Lily Potter w obronie życia swojego syna:
„Miałeś być chroniony mocą starożytnej magii, którą on (Voldemort) dobrze zna, którą pogardza i której, właśnie dlatego, nie docenia. Mówię oczywiście o tym, że twoja matka oddała za ciebie życie. Zapewniła ci przez to trwałą ochronę, której on nigdy się nie spodziewał, ochronę, która płynie w twoich żyłach do dziś. Zawierzyłem więc krwi twojej matki.” („Harry Potter i Zakon Feniksa” str. 912, zob. także podobne fragmenty w „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” str. 308 oraz „Harry Potter i Komnata Tajemnic” str. 331)
Związki z wężem i złem znajdujemy też u innych bohaterów związanych ze Slytherinem. Jedni z najwierniejszych popleczników Voldemorta noszą nazwisko Malfoy (po francusku „zła wiara”) zaś ich imiona: Lucjusz, Narcyza i Draco, mówią same za siebie. Nawet dość marginalni bohaterowie, Crabbe i Goyle, mają nazwiska skrywające gadzie cechy. Zamieniając miejscami pierwsze litery ich nazwisk otrzymamy słowa grab (chwycić lub rzucić się na coś) i coil (wić się), kojarzące się z aktywnością węża. Ponadto Gregory Goyle brzmi po angielsku niemal tak samo, jak gargoyle - gargulec. Wszystko to pozwala sformułować wniosek, że konflikt między Gryffindorem i Slytherinem jest czymś znacznie większym niż coroczna rywalizacja o Puchar Quidditcha. Gryffindor, “gdzie kwitnie męstwa cnota, gdzie króluje odwaga, i do wyczynów ochota” i gdzie, dodajmy, rzadko osiąga się wybitne wyniki w nauce, za swoje motto mógłby przyjąć zdanie Dumbledora o wyborach i zdolnościach. Z kolei Ślizgoni ze Slytherinu, który „pomaga osiągnąć wielkość” i gdzie można „zdobyć druhów wiernych i szczwanych”, ale też „gdzie kpią sobie z Mugoli”, zbyt często skłaniają się ku postawie wyrażonej przez profesora Quirella w pierwszym tomie cyklu:
„Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, jest tylko władza i potęga… I mnóstwo ludzi zbyt słabych, by osiągnąć władzę i potęgę…” („Harry Potter i Kamień Filozoficzny” str. 300)
Mityczne zwierzęta symbolizujące dom Gryffindora i dom Slytherina nie są wybrane przypadkowo, lecz trwają w odwiecznej wrogości. Średniowieczne bestiaria mówią nam, że jedyną trucizną zdolną powalić lwa jest jad węża, że gryf jest wrogiem węży i bazyliszków, że jeleń zabija węże a łasica bazyliszka. Według legend południowo-wschodniej Azji jedynie potężny mityczny ptak (feniks?) jest w stanie pokonać groźnego węża, nagę. Niewykluczone, że będziemy świadkami ich pojedynku w ostatnim tomie serii. Zwierzęta Gryffindora i Slytherina toczą ze sobą symboliczną wojnę, będącą obrazem konfliktu ideałów dwóch najważniejszych założycieli Hogwartu. Ta z kolei wojna jest echem odwiecznego konfliktu tych, którzy starają się budować swoje życie zgodnie z wolą Boga i tych, którzy wybierają służbę jego przeciwnikowi. Warto zastanowić się, czy tak wyraźne nagromadzenie symboliki chrystologicznej w domu Gryfindora i satanicznej w domu Slytherina może być dziełem przypadku, czy też jest to świadomy zabieg autorki?
Harry Potter – Wybraniec i Everyman
Symboliczne ramy „Potterlandu” zostały z grubsza nakreślone. Czas przyjrzeć się samemu bohaterowi. Co czyni go tak atrakcyjnym dla wielu czytelników? Niewątpliwie Rowling udało się stworzyć bohatera, który budzi współczucie i z którym łatwo się utożsamić. Harry Potter to bohater niezwykły: zarazem przeciętny i nieprzeciętny, poszukujący autorytetu i zanadto samodzielny, odważny i czysty a jednocześnie niepozbawiony zwykłych ludzkich przywar, niekiedy wyrażających się w brutalny, typowy dla nastolatków sposób. Jako niemowlę nie tylko oparł się śmiercionośnemu zaklęciu Voldemorta, ale też pozbawił go większości sił, co uczyniło go legendą w społeczności czarodziejskiej. Rowling, kreując głównego bohatera, zdecydowała się na oryginalne rozwiązanie, nadając mu przeciwstawne w dużej mierze cechy Wybrańca i Everymana. Autorka rozsiała w pierwszych tomach szereg wskazówek, dotyczących wybraństwa Harry’ego Pottera, posługując się paralelą do legend arturiańskich:
· Zarówno Artur jak Harry dorastają na uboczu, pod opieką starych i mądrych czarodziejów;
· Pokonany król czarodziejskich szachów ciska Harry’emu koronę pod nogi;
· Podczas walki z bazyliszkiem Harry wyciąga Miecz Gryffindora z Tiary Przydziału, na wzór Artura wyciągającego z kamienia Miecz Brytanii;
· Zaczarowany sufit z widokiem nieba w Hogwarcie. Według niektórych wersji opowieści arturiańskich, taki sam istniał na zamku Kamelot;
· Ginny Weasley, miłość Harry’ego, której pełne imię brzmi Ginevra;
· Włócznia króla Artura nazywała się Ron, tak samo jak brat Ginny i najlepszy druh Harry’ego Pottera.
Mamy też w książce aluzje, że Harry Potter jest dziedzicem Godryka Gryffindora. Wreszcie, w „Zakonie Feniksa” dowiadujemy się, że zgodnie z przepowiednią, jego przeznaczeniem jest pokonanie Czarnego Pana. Przepowiednia, jak to z przepowiedniami bywa, jest niejasna i może dotyczyć także innego ucznia z Gryffindoru, Neville’a Longbottoma, choć lektura „Księcia Półkrwi” zdaje się wykluczać tę możliwość.
Będąc od dzieciństwa osobą z niezwykłym przeznaczeniem, Potter posiada jednocześnie wiele cech literackiego Everymana. W odróżnieniu od wszystkich niemal ważnych postaci w książkach, imię i nazwisko Harry Potter nie skrywa w sobie żadnej tajemnicy. Sama Rowling przyznała, że jej ulubiony kolega z dzieciństwa nosił nazwisko Potter zaś Harry to jej ulubione imię męskie. Mieszkaniec Wielkiej Brytanii, Ameryki czy Australii raczej nigdy nie spotka kogoś, kto nazywałby się Severus Snape lub Albus Dumbledore, ale Harry Pottera może jak najbardziej spotkać
[5]. Harry Potter jest, poza kilkoma przedmiotami, dość przeciętnym uczniem a jego umiejętności magiczne nie czynią go godnym przeciwnikiem nie tylko dla potężnego Voldemorta, ale i dla większości doświadczonych dorosłych czarodziejów. Podobnie jak Everyman z brytyjskich moralitetów, w każdym tomie Harry udaje się na spotkanie śmierci, a raczej śmiertelnego niebezpieczeństwa, uzbrojony jedynie we własne cnoty: poświęcenie, odwagę, determinację i zarazem świadomość własnej słabości.
Osobny problem stanowi tajemnicza więź łącząca Pottera z mrocznym arcymagiem Voldemortem. Jest to element powieści, wokół którego narosło szczególnie dużo nieporozumień. Więź ta jest skutkiem wspomnianego już, śmiercionośnego zaklęcia, które, dzięki ofierze życia kochającej matki, nie zabiło Harry Pottera, lecz powróciło do Voldemorta, pozbawiając go na wiele lat ciała i możliwości aktywnego działania. Co więcej, ta więź spowodowała, że Harry Potter, naznaczony wedle słów przepowiedni jako „równy Voldemortowi”, posiadł część talentów swojego niedoszłego zabójcy:
„Bo… widzisz, Harry, między nami jest dziwne podobieństwo. Nawet ty musiałeś to zauważyć. Obaj jesteśmy półkrwi czarodziejami, sierotami wychowanymi przez Mugoli. Obaj znamy mowę wężów, chyba jako jedyni w dziejach Hogwartu od czasów samego wielkiego Slytherina. Nawet wyglądamy trochę podobnie…” („Harry Potter i Komnata Tajemnic” str. 331)
Charakter tej więzi, podkreślony przez fakt, że nawet ich różdżki wykonano z piór tego samego feniksa, jest największą zagadką serii, na której opiera się w znacznej mierze cała fabuła i nawet opublikowany ostatnio „Książę Półkrwi” nie daje nam wystarczająco wielu wskazówek, aby tę zagadkę rozwikłać. Z pewnością autorce nie zabraknie pomysłowości, by w zaskakujący sposób wyjaśnić ją w ostatnim tomie. Tymczasem zauważmy, że podobieństwo Harry’ego i Voldemorta, które tak niepokoi niektórych krytyków serii, nie wskazuje bynajmniej na ich tożsamość charakterologiczną. Potter nosi „zło w sobie”, gdyż zostało mu ono zaszczepione, kiedy był niemowlęciem. Blizna w kształcie błyskawicy (kolejne wskazanie na szatańskie konotacje Voldemorta), która stanowi znak a może także narzędzie, wiążące Harry’ego i Czarnego Pana, należy do baśniowych rekwizytów powieści, jednak walka obu bohaterów jest obrazem należącym do naszego świata, ilustracją walki wewnętrznej, jaką powinien toczyć każdy człowiek ze swoimi słabościami i grzechem. Walkę Harry’ego z „Voldemortem w sobie” można porównać do konfliktu „starego i nowego człowieka” z Listu do Efezjan (Ef 4, 22-24). Los Harry’ego jest zdeterminowany przez decyzję Voldemorta, który naznaczył go jako swojego wroga, jako „równego sobie”. Osoba Harry’ego Pottera jest niewątpliwie czymś więcej niż „sumą dobrych, lecz trudnych wyborów”. Czy w takim razie wybory, których dokonuje, mają jakiekolwiek znaczenie? Dotykamy tu kluczowego w chrześcijaństwie problemu wolnej woli. Odpowiedzieć na to pytanie można w następujący sposób: tak, Harry Potter jest człowiekiem o niezwykłym przeznaczeniu, ale to, czy zdoła je wypełnić, zależy właśnie od jego wyborów. Tylko dzięki nim stanie się osobą, wyposażoną w broń, wobec której Voldemort jest bezsilny - miłość, do tego właśnie przygotowuje go przez wszystkie kolejne części cyklu jego mistrz, Albus Dumbledore.
Sądzę, że każdy uważny czytelnik HP przyzna, iż wybory dokonywane przez Harry’ego Pottera są wyborami między tym, co łatwe a tym, co słuszne. Czy jednak możemy nazwać postępowanie Harry’ego Pottera chrześcijańskim? Odpowiedź brzmi: tak i nie, a raczej jeszcze nie. Tak, bo Harry Potter - i inni bohaterowie związani z Gryffindorem - stoją jednoznacznie po stronie tego, co chrześcijańska cywilizacja uznaje za dobre. Jeszcze nie, gdyż duchowy wzrost bohatera nie jest zakończony. Będąc Wybrańcem i Everymanem w jednej osobie, Harry Potter zmierza ku ostatecznemu przeznaczeniu, jakim jest konfrontacja z Voldemortem, jednak pokonać go może - na co wskazuje logika całego cyklu - jedynie siłą miłości. Aby stoczyć walkę z Czarnym Panem, musi najpierw pokonać swoje własne demony: dumę i uprzedzenie wobec ludzi, których uznaje za wrogów (Snape, Draco Malfoy) a także pokonać swoją drugą, wężową naturę, którą otrzymał skutkiem zaklęć Voldemorta. W tym celu musi upodobnić się do swojego mistrza, Albusa Dumledore’a i nauczyć się tego, co najtrudniejsze, miłowania nieprzyjaciół.
Harry Potter, zwyczajny chłopiec i zarazem chłopiec o magicznych talentach i trudnym losie, nie jest skrojony na miarę swojego świata. Dlatego przypuszczam, że jeżeli zdoła wybawić świat od Voldemorta, to uczyni to za cenę własnego życia - co sugerowała w niektórych wywiadach sama Rowling - albo też, śladem tolkienowskiego Froda oraz króla Artura, nie będzie mógł pozostać w świecie, który uratuje dla wszystkich oprócz siebie. Czy tak się stanie, odpowie nam tom siódmy.
Harry Potter i brytyjska alchemia literacka
Kolejnym obok średniowiecznego Bestiarium kluczem, ułatwiającym zrozumienie przesłania książek o Harrym Potterze, jest wywodząca się z kultury średniowiecznej tradycja literackiej alchemii. Zaniepokojonym czytelnikom trzeba wyjaśnić, że nie chodzi tu o alchemię jako taką. HP nie jest cyklem powieści alchemicznych, przekazującym doktrynę hermetyczną pod płaszczykiem opowieści fantastycznej dla młodzieży. Czym zresztą była alchemia? Satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie chyba nie mamy. Była ona zarówno prechemią, jak i uniwersalną, choć realizującą się inaczej w różnych obszarach kulturowych tradycją duchową, wyrażająca ludzkie pragnienie osiągnięcia duchowej doskonałości (Burckhardt, Eliade, Awierincew) a także manifestacją zbiorowej, archetypicznej podświadomości ludzkości (Jung). Średniowiecze, rozmiłowane w symbolach i traktujące je jako przewodnik po „prawdach i rzeczach niewidzialnych”, dokonało inkorporacji arcybogatej symboliki alchemicznej na grunt chrześcijańskiej literatury, moralistyki a nawet architektury
[6]. Ta inkorporacja okazała się szczególnie silna na gruncie kultury brytyjskiej. Jak pisze prof. Stanton J. Linden w monografii „Darke Hieroglyphics. Alchemy in English Literature from Chaucer to the Restoration” pisarze i poeci angielscy używali symboliki alchemicznej w swoich dziełach jako pożytecznego elementu zarówno satyry, jak i chrześcijańskiej alegorii. Alchemiczne obrazy, będące, ze względu na bogatą symbolikę, doskonałym narzędziem literackiej prezentacji prawd, postaw i przemian duchowych, znajdujemy w szczególnej obfitości u Chaucera, Miltona, Donne’a, Szekspira i Jonsona
[7]. Literackie motywy alchemiczne obecne są też w powieściach Inklingów: C.S. Lewisa (szczególnie w Trylogii Kosmicznej) i Charlesa Williamsa, na co zwrócił uwagę uczeń i przyjaciel Lewisa, Martin Lings. Sądzę, że Rowling jest świadoma tych tradycji literackich i nawiązuje do nich konstruując fabuły swoich powieści. Za dowód może posłużyć nam porównanie trójetapowej drogi mistycznej, jaką powinien w życiu przejść chrześcijanin:
1. „ciemna noc duszy”,
2. oświecenie, oczyszczenie,
3. zjednoczenie, poznanie Boga
z trzema fazami alchemicznego Magnum Opus, transformacji od ołowiu do złota:
1. faza czarna czyli nigredo – redukcja, rozpad,
2. faza biała czyli albedo – obmycie, oczyszczenie,
3. faza czerwona czyli rubedo – stworzenie kamienia filozoficznego,
Dla średniowiecznych mistyków, którzy stosowali słownictwo związane z alchemią, kamieniem filozoficznym był Chrystus, złoto oznaczało Zbawienie, a Magnum Opus - owocne współdziałanie człowieka i łaski Bożej. Mityczny kamień filozoficzny służył jako symbol Chrystusa, gdyż w świecie fizycznym stanowił obraz Przyczyny pierwszej i ostatniej, która może sama siebie odtwarzać. Kamień filozoficzny symbolizował Chrystusa, gdyż tylko Chrystus obdarza prawdziwą nieśmiertelnością. Sprzężenie między symboliką chrześcijańską i alchemiczną w tradycji literackiej Średniowiecza i Renesansu było mocne i powszechne. Co ma jednak z tym wspólnego Harry Potter? Bardzo dużo. Czytając książki o HP nie sposób nie zauważyć, że wszystkie zbudowane są na identycznym szkielecie fabularnym. Przyjrzyjmy się, jak wygląda on w pierwszych pięciu tomach:
· Każda książka rozpoczyna się w domu Dursleyów,
· Skąd Harry udaje się do Hogwartu,
· Gdzie po pewnym czasie odkrywa – zwykle przy współudziale Rona i Hermiony – jakąś tajemnicę i podejmuje działania w celu jej wyjaśnienia,
· Działania te znajdują kulminację w konfrontacji bohatera ze złem (Quirell, Voldemort, dementorzy)
· Skąd następuje powrót do Krainy Życia - Hogwartu,
· Zagadka/tajemnica zostaje ostatecznie rozwiązana podczas końcowej rozmowy z Dumbledorem, zwykle okazuje się też, że osoba, którą Harry uważał za złą jest w rzeczywistości jego sojusznikiem i vice versa,
· Pod koniec książki Harry powraca do domu Dursleyów. Krąg narracji został zatoczony a bohater, bogatszy o nowe doświadczenia, gotów jest do kolejnych wyzwań.
„Książę Półkrwi”, przedostatni tom serii, wyłamuje się do pewnego stopnia z tego schematu, z oczywistych powodów. Ta książka pełni rolę łącznika między poprzednimi tomami a finalnym tomem siódmym i dla potrzeb fabuły, związania pobocznych wątków z poprzednich części, musi mieć inną strukturę. Jest to jedyna powieść z cyklu, której raczej nie można czytać jako odrębnej całości, bez znajomości poprzednich tomów.
Zamieszczony powyżej szkielet powieści łatwo sprowadzić do literackego schematu nigredo – albedo – rubedo. W każdej z książek Harry Potter przeżywa początkowo nigredo duszy, podczas letnich wakacji w domu Dursleyów i w podziemnej pracowni profesora Snape’a. Nigredo stopniowo przechodzi w albedo. Z pomocą Dumbledore’a i innych „białych” postaci i rekwizytów, takich, jak Lily, matka Harry’ego, przedwcześnie posiwiały i uzależniony w swej chorobie od faz Księżyca profesor Lupin, Luna Lovegood, dziewczyna o symbolicznym imieniu i nazwisku, biały świetlisty patronus czy kąpiel w łazience prefektów, Harry dojrzewa do stawienia czoła kolejnemu niebezpieczeństwu. Finałem każdej powieści jest rubedo, czyli symboliczna śmierć i zmartwychwstanie bohatera, który zyskuje więcej wiedzy o sobie i swoim miejscu w świecie. Pod koniec każdego tomu Harry toczy walkę ze złem, zawsze w “Królestwie Śmierci”, w podziemiach lub na cmentarzu – z której wychodzi zwycięsko dzięki własnej odwadze i poświęceniu, ale też wspierany przez miłość matki (“prastarą magię, którą Voldemort pogardza”) oraz sprzymierzeńca lub przedmiot, będący symbolem chrystologicznym (w kolejnych tomach są to kamień filozoficzny, feniks i jego łzy, biały jeleń, śpiew feniksa, wreszcie feniks połykający zabójcze zaklęcie).
Trzy literackie fazy alchemiczne wykraczają jednak poza konstrukcję pojedynczych tomów i konstytuują cały cykl. Poza pierwszymi trzema książkami, które pełnią rolę obszernej ekspozycji, każda następna część może być przypisana do kolejnych faz. „Czara Ognia” zawiera już pewne cechy nigredo (śmierć Cedrika i powrót Voldemorta), które osiąga kulminację w „Zakonie Feniksa”. W tej powieści, która pełni rolę nigredo całego cyklu, Harry Potter zostaje rozbity na czynniki pierwsze i staje się osobą, delikatnie mówiąc, niezbyt sympatyczną. Powieść rozpoczyna się opisem fali upałów nad Anglią, której odpowiada rozgorączkowany stan umysłu Harry’ego. Ulega on napadom próżności (poszukiwanie w gazetach wzmianek na swój temat), z powodu zakazu gry nie jest już gwiazdą quidditcha a jego najlepsi przyjaciele zostają szkolnymi prefektami. Dowiaduje się, że jego ojciec nie był za młodu wzorcową postacią. Dumbledore jest przez całą niemal książkę dziwnie nieobecny. Harry nie panuje nawet do końca nad swoim umysłem, do którego udaje się przenikać Voldemortowi. Jest to prawdziwa „ciemna noc duszy” bohatera. Głównym towarzyszem Pottera w czarnej fazie nigredo jest jego ukochany ojciec chrzestny, Syriusz Black (czarny!), zaś duża część akcji toczy się w rodowej siedzibie Blacków, starym domu przy Grimauld Place. Pod koniec książki Harry, odmawiając nauki oklumencji z profesorem Snape’em, wpada w pułapkę zastawioną przez Voldemorta w podziemiach Ministerstwa Magii, gdzie z ręki własnej kuzynki Bellatriks Lestrange, ginie Syriusz Black. Dopiero w ostatnich rozdziałach powieści, w których Dumbledore ujawnia istnienie przepowiedni, Harry zaczyna rozumieć swoje przeznaczenie a jego życie nabiera nowego, związanego ze straszliwą odpowiedzialnością, wymiaru. Zgodnie z zasadami literackiej alchemii koniec nigredo sygnalizowany jest przez osobę związaną charakterologicznie z obrazem księżyca, którego blade srebrzyste światło jest znakiem uspokojenia i oczyszczenia. W „Zakonie Feniksa” jest nią koleżanka Harry’ego, Luna Lovegood. Dziewczyna dziwna, stały obiekt żartów wielu uczniów Hogwartu, skłonna do zamykania się w świecie własnych imaginacji a jednocześnie obdarzona zdolnością niezwykle trafnej oceny zachowań i charakterów innych ludzi. Rozmawiając z Luną o śmierci jej matki, Harry zaczyna jej współczuć, wyzwalając się z kokonu własnych przeżyć i emocji. Rozmowa z Luną Lovegood jest krokiem ku kolejnej fazie fabuły, albedo.
„Książę Półkrwi”, przedostatni tom cyklu, niewątpliwie stanowi albedo całego cyklu. Powieść ta obfituje w elementy symbolizujące obmycie i oczyszczenie, przypisane do tego etapu rozwoju narracji. Od początku pełno w niej obrazów mgły, deszczu i płaczu, zakrapianych przyjęć i eliksirów przygotowywanych na zajęciach. Kulminacyjna scena powieści ma miejsce na wyspie pośrodku podziemnego jeziora. Jednym z popularnych symboli albedo są białe kwiaty, szczególnie lilie, dlatego wiele w tej książce wspomnień o matce Harry’ego, Lily Potter. Znajdziemy tu nawet rozdział zatytułowany „Nadmiar Flegmy”. I choć chodzi tu o Fleur Delacour, nie sposób odrzucić skojarzenia z flegmą w rozumieniu średniowiecznej i renesansowej wizji człowieka, jednym z czterech humorów konstytuujących organizm ludzki. Harry, wzmocniony dramatycznymi wydarzeniami piątego tomu, nie jest już zrujnowany duchowo. Podczas powieściowego albedo dyrektor Hogwartu, Albus (po łacinie „biały”!) Dumbledore, jest, w odróżnieniu od „Zakonu Feniksa”, niemal cały czas obecny u jego boku. Przejście od albedo do rubedo przedstawiane jest często poprzez literacki motyw „mariażu chemicznego” mającego postać wesela bądź śmierci kochanków. Nie jest przypadkiem, że „Książę Półkrwi” kończy się zaproszeniem na wesele a mgły i deszcze ustępują miejsca słonecznym promieniom. Znamienny jest też inny fakt: szesnastoletni Harry postanawia po raz pierwszy udać się do rodzinnej siedziby, Godric’s Hollow, aby odwiedzić grób rodziców. Porównajmy to ze wzmiankowaną w książce wyprawą szesnastoletniego Toma Riddle’a, przyszłego Lorda Voldemorta, do domu swojego ojca w Little Hangleton. Wyprawą, której celem było zabicie ojca. Voldemort wkroczył w dorosłość jako ojcobójca, podczas gdy jego adwersarz poszukuje duchowej siły na grobie rodziców.
Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie, komu, zgodnie z przyjętym przez Rowling schematem, przypadnie kluczowa rola w ostatecznej, czerwonej fazie rubedo, w ostatnim tomie cyklu? Odpowiedź nasuwa się sama: będzie to gajowy Hogwartu, Rubeus (po łacinie „czerwony”!) Hagrid. Postać, która wprowadziła Harry’ego Pottera w świat czarodziejów, będzie mu towarzyszyć w końcowych wydarzeniach sagi.
Harry Potter i śpiące smoki, czyli próba podsumowania
W jednym z ostatnich numerów „Frondy” znalazł się artykuł Małgorzaty Sobolewskiej o Georgu Macdonaldzie i jego wpływie na pisarstwo C.S. Lewisa. W zakończeniu tekstu autorka przywołała słynne zdanie Lewisa o literaturze fantastycznej pozwalającej przejść obok czuwających smoków. Interesująco wypada porównanie tego zdania z mottem Hogwartu, które brzmi Draco dormiens numquam titillandus: „nigdy nie łaskocz śpiącego smoka”. Smoki Lewisa są już obudzone a smoki Rowling jeszcze drzemią, ale sens obu zdań jest podobny. Posługując się fantastyczną fabułą i symbolicznym sztafażem, korzystając z tradycyjnych dla brytyjskiej literatury sposobów kreowania narracji, Rowling potrafi znakomicie uczyć bawiąc. Zresztą, smoki to niezwykle czujne stworzenia. Harry Potter obudził niektórych strażników, których zadaniem jest ochrona chrześcijańskich umysłów przed niebezpiecznymi ideami. Owym smokom, mimo jak najlepszych intencji, barwne dekoracje przesłoniły to, co dzieje się na scenie. Wbrew pozorom, dobrze, że tak się stało. Gdyby książki o Potterze były od początku reklamowane jako powieści o chrześcijańskiej wymowie i symbolice, zapewne sięgnęłoby po nie znacznie mniejsze grono czytelników.
Z pewnością J.K. Rowling nie jest Inklingiem z krwi i kości w kwestiach światopoglądowych, choć zarazem daleko jej do powszechnego w Europie Zachodniej sceptycznego ateizmu. Jak sama twierdzi, pisze książki, „dla zrozumienia których, nie wystarczy jednorazowa lektura”
[8]. Książki o Harrym Potterze są z pewnością atrakcyjnymi opowieściami o przygodach młodych czarodziejów, ale są też czymś więcej. Twierdzę, że zaliczyć je można do podobnego, co twórczość słynnych Oksfordczyków, nurtu chrześcijańskiej fantasy nie tyle z powodu, że ich wiodącym tematem jest starcie dobra i zła, lecz dlatego, że zarówno fabuła jak i użyte przy jej tworzeniu środki literackie przekazują czytelnikom bardzo wyraźne przesłanie o miłości i ofierze triumfującej nad grzechem i śmiercią. Powieści o Harrym Potterze są literackim hołdem złożonym odwadze, lojalności, przyjaźni, współczuciu, skrusze, przebaczeniu i ofiarnemu poświęceniu się za bliźnich, porównywalnym z „Władcą Pierścieni” czy „Opowieściami z Narni”. Warto także docenić fakt, że te książki, pełne literackich odniesień do twórczości angielskich klasyków od Szekspira po Austen i Inklingów (rzecz warta jest osobnego artykułu), mogą być znakomitym wprowadzeniem młodego czytelnika w świat literatury brytyjskiej.
Celem dobrego dzieła literackiego jest pokonanie barier, dzielących czytelnika od tego, co w życiu istotne i od tego, co wieczne. Ta reguła dotyczy każdego rodzaju literatury, czy będzie to dramat elżbietański, powieść psychologiczna czy też fantasy dla młodzieży. W swoim znakomitym manifeście, eseju “O baśniach”, Tolkien określił proces twórczy mianem sub-kreacji, będącej echem i odbiciem Bożych zdolności stwórczych i Jego planu stworzenia. Jeżeli sub-kreacja jest udana, a sądzę, że w wypadku serii książek o Harrym Potterze jest – to odzwierciedla ona głębszą prawdę o istniejącym w świecie Boskim porządku. “W eukatastrophe”, pisze Tolkien, „otrzymujemy sugestię większej odpowiedzi – dalekiego odbłysku czy echa Evangelium w rzeczywistym świecie”
[9]. Harry Potter, po próbach charakteru, jakie przeszedł w trzech ostatnich tomach, nie jest już niewinnym dzieckiem, lecz młodym, świadomym swojego trudnego powołania człowiekiem. Pozostaje teraz oczekiwać na ostatnie słowo J.K. Rowling, siódmy tom cyklu. Przypuszczam, że otrzymamy w nim symboliczny obraz trwającej w świecie ewangelicznej walki ideałów Chrystusa i Szatana, walki, w której złoty lew Gryffindoru zmiażdży głowę wężą Slytherinu, a zło, grzech i śmierć uosobione w złowrogiej postaci Voldemorta, zostaną pokonane siłą bezinteresownej ofiary i miłości Harry’ego Pottera.
----
[1] Publikacje OAM wybrałem celowo, gdyż swego czasu rozpowszechniano plotkę o związkach Rowling z tą grupą. Sprawa, zdaje się, znalazła finał w sądzie.
[2] Zob. http://www.quick-quote-quill.org/articles/2000/1000-vancouversun-wyman.htm
[3] Zob. http://www.credopub.com/archives/1999/iss19991115/19991115p03.htm
[4] Przy lekturze starych bestiariów trzeba uwzględniać fakt, że w przekonaniu ówczesnych autorów zawierały one rzeczywisty opis wyglądu i zwyczajów egzotycznych zwierząt.
[5] Podobnie rzecz ma się z obszarem kultury masowej. „Harold Potter, ogrodnik i urzędnik podatkowy, pierwsza ofiara Istot z Innej Planety” pojawia się w jednym z wczesnych epizodów Monty Pythona, zaś bohaterami niskobudżetowego horroru z lat osiemdziesiątych zatytułowanego „Troll” są ojciec i syn o tym samym imieniu i nazwisku, Harry Potter.
[6] Zob. klasyczne opracowania M.Eliadego „Kowale i alchemicy” i T.Burckhardta „Alchemy: Science of the Cosmos, Science of the Soul”.
[7] Zainteresowani tematem mogą, prócz dzieła Lindena, sięgnąć po studium Frances Yates „The Art of Memory” poświęcone motywom alchemicznym w sztukach Szekspira oraz po ukazujący się w USA półrocznik „Cauda Pavonis”, poświęcony historii motywów alchemicznych w literaturze.
[8] Cyt. za Galadriel Waters „Ultimate Unofficial Guide to the Mysteries of Harry Potter” Niles, WWP 2003, str. ix
[9] J.R.R. Tolkien „Drzewo i Liść oraz Mythopoeia” Poznań, Wyd. Zysk i S-ka 1994, str. 73